niedziela, 17 lipca 2011

Obszerniejsza "dachowa" i nie tylko relacja z dnia pełnego wrażeń.

Obiecałam, że wrócę ze słowem dotyczącym przemiłego spotkania ludzi twórczych.
Dzień obudził mnie pukającym w parapet deszczem, ale mimo to nie chciałam gubić dobrego nastawienia do podróży. Niestety deszcz był męczącym towarzyszem w drodze na dworzec i pomimo parasolek nad głowami zmokłyśmy. W pośpiechu wbiegłyśmy na peron, a tam już tylko krok i suchy pociąg. No tak suchy, ale duszny i bez szansy na miejsce siedzące. Więc tym razem opływałyśmy kroplami potu. Ten kawałek trasy jakoś dało się znieść (nie było wyjścia). Kolejna przesiadka była szybka i bezbolesna, ale rozgrzane poprzednim ciepłem stopniowo zaczęłyśmy czuć się wychłodzone, bo otwarte okna wpuszczały zbyt dużo zimnego powietrza. Starałam się skupić na czytaniu książki, która drobna gabarytami i poręczna okazała się wspaniałą odskocznią od codzienności. 
W paru słowach o niej wspomnę. „Konstelacja uczuć” - Emily Grayson, to oczywiście romansidło, do których nigdy nie byłam uprzedzona, może dlatego, że ja również jestem jak siedlisko opowieści o lirycznej treści. Pomimo że jest to historia o miłości, warto wyłapać w niej bardzo ważne wątki relacji pomiędzy siostrami bliźniaczkami, rozpaczy jaka nawiedza po śmierci jednego dziecka, jak rzutuje na nasze życie wczesna utrata matki. Ważnym wątkiem jest również tłumiona rozpacz drugiego dziecka, które czuje się odrzucone i obwinia się o śmierć siostry, któremu bardzo potrzeba matczynych uczuć.
Miłości, która wybucha nagle, ale jej słodki żar nagle zostaje stłumiony wydarzeniem sprzed lat.
Książka kończy się happy endem, ale potrafi trzymać w napięciu i przyciągać. Opisane sytuacje są tak powszednie w naszym codziennym życiu, że może służyć jako wskaźnik do wielu przemyśleń nad naszym postępowaniem. Nie będę opowiadać całości treści, która jest wielowątkowa, nie jest monotonna i tak pięknie opisuje pewne sytuacje, że moja wyobraźnia widziała wszystko, nawet to, jak bohaterowie wpatrywali się w niebo by za pomocą teleskopu ujrzeć Saturna i jego pierścienie.


(Właśnie znalazłam nutę odpowiadającą do przeczytanej książki)


Jak sam tytuł wskazuje Konstelacja uczuć – jest to dosłowny gwiazdozbiór ciał niebieskich i metafora skumulowanych uczuć i emocji, w które książka jest bogato wyposażona. Ja się na niej nie zawiodłam. Nikogo nie zmuszam do czytania, ale zachęcam.
Kiedy tak sobie czytałam moje myśli błądziły również w pewne przemyślenia i..., stąd dzisiaj powstał dialog z pociągiem, który możecie przeczytać we wpisie poniżej ze zdjęciem pociągu, który autentycznie miał na przedzie moje imię, no i jak tu nie napisać takiej rozmowy z żelaznym pojazdem, brzmiącej może przewrotnie, ale myślę, że można sobie zafundować i takie czytadło, do którego również nie przymuszam, ale jeśli chcecie je zrozumieć, to trzeba umiejętnie się wczytać.
Kolejna przesiadka przebiegła sprawnie, ale jak już zbliżałyśmy się do celu niebo znów obmyło nasze złudzenia na radość, że już nie spadnie więcej żadna kropla.
W miejscu naszego noclegu czekała już ciepła zupa i herbata, więc szybko rozgrzałyśmy się i po odpoczynku czas kazał szykować się do kolejnej wycieczki pociągiem, ale niebo w tym samym momencie postanowiło znów solidnie popłakać i zmoczyć nowe ubrania, potem jazda w dusznym tramwaju, w którym dopadła nas kontrola biletów (oczywiście miałyśmy) i kolejna fala potów i wydawałoby się, że już tylko spacer.
Jednak czasami coś potrafi spłatać figla i pomyliłyśmy drogę, wybierając nie ten zakręt co należy. Skręcone z bezsilności patrzyłyśmy w niebo na przelatujące samoloty i dedukowałyśmy, gdzie to znajduje się nasz dach, na którym popłynąć powinna moja poezja. W końcu dzięki życzliwości jednej pani i o dziwo zorientowania się, gdzie dana ulica się mieści dotarłyśmy na miejsce.
Uradowane faktem, że nie spóźniłyśmy się wkroczyłyśmy na dachowe salony.




Tam zapoznałyśmy się z gośćmi, którzy już „dachowali”.


Jako, że to był mój szczególny dzień (pomimo nieszczególnego samopoczucia i marzeniu o prysznicu, bo póki doszłyśmy do celu, to znów pływałyśmy w sosie własnym) przywiozłyśmy dwa ciacha,


które goście z ochotą degustowali. 


Po słodkościach i wymianie zdań otrzymałam legitymację



i czas na zapoznanie gości ze mną i moim słowem pisanym. Popłynęłam poezja i prozą. 

Prezentowanie ułożyłam w pociągu, natomiast słowem o sobie popłynęłam spontanicznie. Już oglądałam nagranie i mimo tego, że wiem jak się czułam wyszło całkiem fajnie, jak na moje krzywe oko i nie tylko moje.

Potem płynęła naprzemiennie muzyka i poezja, które zawsze gdzieś tam się uzupełniają grając w duszach i w uszach. 

Wszystko zależy od słuchacza. Był szampan i owoce, a potem zupa cebulowa




i pyszne przekąski.





Nie zabrakło ogniska, ale nade wszystko ciepłej serdecznej atmosfery pełnej słów i piękna. 

Pełnia księżyca nie była widoczna, ale wszyscy uwierzyli, że są w pełnej gotowości by ją poczuć i nawet lekko zamglone niebo nie przeszkodziło w spotkaniu, bo nie spadła już z niego więcej ani kropla, a różowiło się całkiem jak ja.



Nie spadł również żaden samolot, które wyjątkowo mniej hałasowały.



Jak również nikomu nie przytrafiło się spaść z dachu, a wszyscy zgodnie i tą samą drogą schodzili z uśmiechem i radością, że jest nas tylu, a było nas naprawdę wielu. 


Wielu startowało w konkursie jednego wiersza. Co prawda nie szykowałam wiersza na konkurs, ale przeczytałam swoją „sierotkę”, która została pominięta w prezentacji. Były dyplomy, gratulacje i owacje. 



Było wspaniale i chciałoby się tak do rana,




ale wewnętrzny głos orzekł, że nie ma już sił na więcej i w te pędy pożegnałyśmy wspaniałych gości, gospodarzy całuskami, gestami i podziękowaniem. 

Zaczęła się walka z czasem by zdążyć na pociąg, który miał nas zawieźć do ciepłego łóżka. Najpierw jednak był spacer. Noc była cieplejsza od dnia więc dziarsko, no może na bardzo zmęczonych nogach dotarłyśmy do tramwajowego przystanku, a potem wsiadłyśmy do tramwaju, który okazał się wielkim żartownisiem i skręcił niespodziewanie w inne miejsce. Okazało się, że jedzie do zajezdni. W wielkim popłochu szukając bratniej duszy na pomoc skierowałam słowa do miłego młodego człowieka, który zajął się nami z wielką troską, bo raz, że powiedział kiedy wysiąść i w jakim kierunku podążać dalej, to jeszcze stał się kołem ratunkowym, kiedy moja córa straciła równowagę przy szarpnięciu, jakie zafundował jej tramwaj. Młodzieniec nie pozwolił na bolesny upadek i sprawnie pochwycił moją pannę, no może nie w objęcia, ale pomocna dłoń była stuprocentowa i pod każdym względem nie zawiodła. 
Potem był nasz bieg w kierunku Pałacu Kultury, bo taki widok nie da mi już zabłądzić i dotarłyśmy z językiem na brodach do Dworca Centralnego, a tam już tylko peron i zejście po schodach, a nawet zjazd, bo akurat się ruszyły. Łypnięcie okiem na rozkład jazdy i ulga, że ostatni pociąg przyjedzie za całe dziesięć minut i nie czeka nas koczowanie na zimnych ławkach dworca, ale żeby nie poczuć się zbytnio rozluźnionym na minutę przed wjazdem megafon oznajmił, że pociąg wjedzie na tor znajdujący się na sąsiednim peronie. Nieszczególnie uradowane tym faktem, ostatkiem wykrzesanej energii rzuciłyśmy się na ruchome schody i susami po stopniach na górę, a potem kolejne schody, ale tym razem w dół, już stojące w bezruchu i ulga, że miękkie łóżko jest coraz bliżej. Jednak, żeby tak całkiem nie wcisnąć się w siedzenia i nie poczuć zbytniej radości pan z obsługi pociągu powiedział, że na kolejnej stacji będzie przesiadka do innego podstawionego pociągu, bo ten nie ma sił pojechać dalej, czy jakoś tak. 
No cóż, opuściłyśmy klimatyzowane wnętrze i wsiadłyśmy do dusznej, ale podążającej do upragnione odpoczynku machiny. W myślach była tylko jedna prośba, niech już dzień zakończy swoje niespodzianki i da spokojnie dotrzeć do łóżka. 
No i tak się stało. Zmęczone, ale zadowolone wpadłyśmy do łazienki, opisu jednak, co tam się działo nie zamieszczę i o godzinie 01:30 jak niemowlęta leżałyśmy w oczekiwaniu na sen, który do mnie przyszedł dużo szybciej niż do mojej nastolatki skupionej na sms-owym pisaniu z wybrankiem serca. 
Odpłynęłam w senną krainę bardzo szybko i głośno, bo jak się okazało moja wspaniała pociecha nagrała moje pochrapywanie, które brzmi jak zawodzenie, więc na pewno nie jest melodią miłą i przyjemną, ale jeszcze do teraz brzuch boli mnie ze śmiechu, bo raz, że mam pomysłowe dziecko, a dwa usłyszeć swoje chrapanie, nie jest łatwo.
No cóż, widać czasem sobie nucę przez sen do snu, ale myślę, że dość tej opowieści o marudnej treści.
W każdym razie po upojnej nocy czekała nas kolejna podróż, ale już tym razem do domu, z którego dzisiaj do Was piszę życząc miłego chrapania.
Dobranoc.

3 komentarze:

  1. Fajnie...czytam i gratuluję...a jednocześnie się obawiam...w najbliższym czasie czekają mnie dwudniowe przeprawy pociągami po kraju...nie wiem jak to zniosę...

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja nie byłem i... żałuję.
    LW (JanToni)

    OdpowiedzUsuń
  3. Panie LW brakowało nam Pana bardzo!Pozdrawiam :) i do kolejnego zobaczenia.

    OdpowiedzUsuń

Napisz coś od siebie.