poniedziałek, 16 stycznia 2017

sobota, 7 stycznia 2017

Pasażerowie.


„Pasażerowie” to dzisiejsi goście, nie tylko mojego komputera, ale przede wszystkim mojego umysłu, którym pozwoliłam na opowiedzenie historii, nakręconej przez zespół filmowców.



Fabuła filmu wzbudziła we mnie coś w rodzaju radości, ale i zawodu, że to nie jest film na podstawie mojej powieści, bo pomysły na: podróż kosmiczną, proces hibernacji, najjaśniejszą gwiazdę we Wszechświecie, główną bohaterkę  pisarkę, imię Artur (z tymże w filmie imię te nosi mężczyzna ‒ robot, a przecież wątek opowiadający o tym, że Artur z mojej powieści jest humanoidem, też wplotłam do swojej powieści) są również w mojej powieści „Wybrani”  pisanej w latach 2013‒2014, a film wszedł na ekrany dopiero w grudniu 2016 roku. No cóż widać nie tylko ja miewam kosmiczne pomysły (i to takie bliźniacze pomysły) z miłością w tle.
Od zawsze, i od dzisiaj, marzę, by kiedyś moja powieść doczekała się druku, myślę że ona też nadawałaby się na nieziemsko kosmiczną ekranizację, wystarczyłoby dodać (tak jak w filmie „Pasażerowie”) mnóstwo efektów dźwiękowych, komputerowych i fani romantycznych wersji filmowych w kosmicznej scenerii, mieliby taką samą dawkę emocji, które towarzyszą w filmie „Pasażerowie”.
Nie ukrywam, że film przywołał żywe wspomnienia, bo kiedy pisałam swoją powieść przemierzałam kosmos za pomocą wyobraźni. Na pewno film tworzy opowieść o innej treści niż moja, ale czyż poprzez to, że są tak bardzo podobne wątki nie mogę być na tyle poruszona, że mam poczucie, jakby ktoś wykradł mi pomysł z mojego umysłu? Jednakże wiem, że wiele filmów, książek niesie ze sobą mnóstwo podobieństw czerpanych nie tylko z ziemskiej egzystencji, ale również bujania w obłokach.
Film „Pasażerowie” to przede wszystkim emocje towarzyszące ludziom od zawsze. To studium psychologiczne, bo przede wszystkim psychika człowieka gra w nim najważniejszą rolę.
I tak jest w mojej powieści. Na poparcie moich słów zacytuję kilka fragmentów z mojej trzeciej części powieści „Wybrani”:

„– Proces hibernacji ma swój określony czas, bo to nie krionika.
– Wiem, ale nie umiem żyć ze świadomością, że jestem niekochana.
– Musi pani wiedzieć, że hibernacja niesie ze sobą odczuwanie przeraźliwego zimna, które boli, aż do utraty świadomości i może nawet wystąpić krytyczna hipotermia.
– Ale jednak może być pomocna przy zawale w celu ratowania życia prawda?
– To prawda, ale pani nie wymaga już ratunku fizycznego tylko psychicznego, Emilio.
– Chcę się zahibernować!!! Teraz, natychmiast!!! – wrzeszczałam w niebogłosy, bo tak bardzo bałam się żyć bez widoku tego, co było najbardziej kochane.”

„– Cały świat mi zobojętniał, doktorze.
– To niedobrze, Emilio, bo  po hibernacji bardziej będzie pani podatna na efekty uboczne.
– Jakie to są objawy?
– Na pewno osłabienie organizmu, lekki szok i dezorientacja.
– Ile może trwać najdłuższa hibernacja, doktorze?”


„– Gdzie my właściwie jesteśmy? – zapytałam.
– W rozległym gwiazdozbiorze północnego nieba zwanym Wolarzem i musimy dotrzeć do jego najjaśniejszej gwiazdy.
– Nie, no proszę cię, co ty tu mi opowiadasz? Czy w stanie obumierania mam się wpatrywać w gwiazdy? – Pociemniało mi w oczach, w których rzeczywiście ujrzałam świetliste przebłyski.”

„– Emilio, za chwilę spotkasz się z Arkturem.
– A kim on jest?
– Arktur to najjaśniejsza gwiazda w gwiazdozbiorze Wolarza, a trzecia z tych najbardziej widocznych na nocnym ziemskim niebie. Można by go nazwać pomarańczowym olbrzymem, bo jego moc promieniowania jest nawet większa od tego słonecznego.
Poczułam jak w mojej głowie dzieje się coś, co wywołuje przedziwne skojarzenia.
– Arktur, Arktur, Arktur… – powtarzałam w myślach jak nakręcona katarynka i zapytałam: – Dlaczego ta gwiazda ma właśnie taką nazwę?”

„Piękne światło Arktura przyciągało kolorem miłości, a ja urzeczona tym widokiem topniałam na myśl, że to właśnie Arktur daje mi tę najpiękniejszą moc i ogrzewa moje przemarznięte ciało.
– Kim jesteś, Arkturze ? – zapytałam trochę onieśmielona jego pięknem.
– Witaj, Emili, jestem gasnącą gwiazdą, która kiedyś przestanie świecić, ale dopóki świecę robię to z coraz większą mocą, aż do całkowitego wypalenia.
Po tych słowach poczułam wielką empatię z Arkturem, moim ciepłem, które przypominało mi tak wiele z ziemskiej egzystencji, za którą znów zatęskniłam.”

To tylko namiastka tego, co niesie moja powieść, którą z chęcią poleciłabym (i polecam w  przyszłości) do przeczytania.

W obejrzanym przeze mnie filmie wystąpiły zaledwie cztery postacie: Aurora, Jim, Arthur i Kapitan statku, ale właśnie ci ludzie pokazali, co tak naprawdę potrzebne jest człowiekowi do szczęścia, którego szukamy przez całe życie. Oczywiście chodzi tu o bliskość, zrozumienie, potrzebę miłości i akceptacji. Swojego tzw. miejsca na Ziemi jesteśmy w stanie szukać nawet w kosmosie.
Podróż Międzygwiezdnym Statkiem Kosmicznym AVALON, już na wstępie sygnalizuje, że ten statek, to istny raj dla jego pasażerów, ale jak to z każdym rajem bywa, gdzieś tam zawsze może czyhać niebezpieczeństwo.
Komory hibernacji dają poczucie zatrzymania czasu, który płynąc swoim rytmem nie zmienia tych uśpionych (wybranych) lecących do „krainy szczęścia”. Nagła kolizja burzy panujący ład i porządek w statku. Budzi się człowiek (Jim), a  z nim jego zmagania z psychiką. Proces jego hibernacji przewidzianej na sto dwadzieścia lat zostaje niemożliwy do kontynuacji. „Zagubiony w przestrzeni” łaknie uczucia drugiego człowieka. Po roku życia w samotności, toczy walkę z pożądaniem i obudzeniem (śpiącej królewny) pięknej pisarki, której słowa wchłonął zanim to zrobił.
„Czy nigdy nie czytałeś czegoś i czułeś, że to napisane dla ciebie?” (jakże to bliskie temu co napisałam w powieści) Jim pyta Androida Arthura, który nie znając uczuć, nie umie mu na to pytanie odpowiedzieć.
„Poznałeś perfekcyjną kobietę, ale kompletnie poza twoim zasięgiem” tymi słowami Arthur daje mu do zrozumienia, że tylko Jim jest zakochany w Aurorze (w mojej powieści było na odwrót).
I tak dwoje ludzi, właściwie skazanych na siebie i wielką podróż bez końca w swoim towarzystwie, muszą zmierzyć się z tym, co niesie im los.
„Nie byliśmy przygotowani na nasze spotkanie, ale to się stało.” (z moimi bohaterami było podobnie)
„Avalon będzie okrążał gwiazdę Arcturus”, a wtedy Jim i Aurora wpatrują się w ognistego olbrzyma, po czym Jim mówi „Wszechświat jest prezentem dla ciebie” (w mojej powieści Emilia wpatruje się w Arktura i nawet z tą kulą ognia rozmawia, dając tym samym Arturowi kawałek Wszechświata w prezencie).
Bohaterowie pomimo wielu trudnych sytuacji dzielnie znoszą brak grawitacji (moja Emilia też dzielnie ją zniosła).
Film kończy się puentą, która niesie przesłanie, że nie ważne gdzie i w jakich okolicznościach przyjdzie nam żyć, byle wzajemnie się kochać, wspierać i być dla siebie do ostatnich dni życia.
Żeby ogarnąć treść filmu, trzeba się z nią zapoznać, żeby zapoznać się z treścią mojej drugiej i trzeciej części trylogii, musicie jeszcze poczekać, a zapewniam, że warto, bo dzieje się o wiele więcej niż w filmie, tylko trzeba umieć, czytając, pobudzić swoją  wyobraźnię, a efekty specjalne same dadzą znać o sobie.

„– Przecież wciąż dokądś pędzę!  – wrzasnęłam i zamarłam, bo moim oczom ukazała się kolejna wizja, która nie była szekspirowskim dramatem z balkonową sceną, a wielkim napisem brzmiącym:
DWÓR ARTUSA

Wiedziałam przecież, że ta nazwa nawiązywała do celtyckich wierzeń, legend, o królu Arturze, ale jaki to miało mieć związek z moimi poszukiwaniami, jeszcze na ten moment nie mogłam tego zrozumieć.”


I na tę chwilę tylko ja, bądź nieliczne grono osób podczytujących powieść na moim blogu wiedziałoby dlaczego ten film wywarł na mnie, takie a nie inne, wrażenie.




sobota, 22 października 2016

Wiersz

Poetycko strofując

Wyplatasz kosz z myślą – codziennym pisaniem,
konwencją schematów tworzonych o brzasku.
Niepodzielne połączysz nocnym nieprzespaniem,
by poczuć na skórze dzierganie poklasku.

Z mozołem, w napięciu, dreszczem budzisz umysł,
by pozwolił wiele w tym jednym wytreścić.
Nie wiesz  kto i za co, nawet czy zrozumie,
lecz struna po strunie powoli dopieścisz.

Bez dwóch zdań i  trzecie przyjdzie, ślad zostawi,
z głową opuszczoną zalegnie w skorupie.
Słowem możesz wszystko, nawet świat naprawić,
mając do zgryzienia wolność bez pouczeń.

A potem odważnie oko w oko ż życiem
pozbierasz twarzowe wyrazy uznania,
wśród dziesiątek istnień umieścisz na szczycie
potencjał pamięci, ideę kochania.



2016.06.16
Barbara Zofia Chomko

niedziela, 4 września 2016

Kochałem ją


Przypominając sobie treść książki zrobiłam wgląd w klatki filmowe, w których emocje grają główną rolę. Jak zawsze w każdej opowieści filmowej lubię wyłapywać, w dialogach, poszczególne zdania, które gdzieś tam we mnie głęboko się zapisują.
Empatyzując z bohaterami przeżywałam ich wewnętrzne i zewnętrzne dylematy.
Zarówno książka jak i film, to umiejętne, pozornie spokojne poprowadzenie widza przez dawkę wielkiego napięcia.



Książka z mojej półki (czytana w 2011).



Książka pt. „Kochałem ją” autorstwa Anny Gavalda, to wielka refleksyjna całość, nie wolno potraktować jej bez głębszej analizy i tego co autorka chciała przekazać czytelnikowi, a chciała wiele. Zostawiła czas na wyciągnięcie wniosków i zastanowienie się nad tym, jak niejednokrotnie w życiu marnujemy czas szczęścia, wręcz je odpychamy kosztem cierpienia, które niosą przyzwyczajenia, stereotypy i strach przed... m. in. środowiskiem i czymś nowym, które wzbudza przerażenie, paraliż i jednocześnie przyciąga.
Oczywiście głównym wątkiem jest miłość, która rodzi się nagle i niespodziewanie, wtedy kiedy już połowa życia, tak jakby, została zapisana innymi treściami.
Zwierzenia starszego mężczyzny mają podwójne, a może i potrójne znaczenie. Droga, jaką podążył, by ulżyć synowej w cierpieniu, bądź dopomóc w zrozumieniu, tego co ją spotkało jest niezłym terapeutycznym środkiem w sytuacji, kiedy nie potrafimy zrozumieć dlaczego nagle zostajemy sami.
Nie chcę opowiadać całej treści, bo w tym tkwi sedno, by samemu ją przyswoić i zrozumieć. Jest pisana z perspektywy kobiety, jej odczuć i przeżyć. W trakcie czytania dowiadujemy się wiele o psychice człowieka, jego słabościach i ułomnościach, które skrzętnie ukrywa pod powłoką obojętności, a wręcz oschłości. Czerpiemy też naukę, że nie należy uciekać od tego, co daje życie, gdy niejednokrotnie wybieramy pozorne lepsze zło, niosące tylko destrukcję i apatię, ale również, że pewne nasze doświadczenia, które przekazujemy pokoleniom mają sens i wielką wymowę. Jednak czy pokolenia to zrozumieją zanim będzie za późno, zależy tylko od nich i ich punktu widzenia.
Właściwie, to co piszę w temacie książki, to raczej moja rozmowa ze sobą, bo tak wiele przemyśleń wzbudziła i mogę powiedzieć, że właśnie tym się obroniła, że jest wskazówką, ma sens, przesłanie i jest prawdziwa.

Została przeze mnie głęboko odebrana, ale każdy ma prawo do swojego odbioru. Ja zachęcam do tej lektury, bo czas z nią płynie i nie nudzi.

"A przecież to było takie proste! Wystarczyło wyciągnąć rękę. Reszta ułożyłaby się sama, w taki czy inny sposób. Przecież wszystko się jakoś układa, gdy ludzie są szczęśliwi, nie uważasz?"