niedziela, 21 sierpnia 2016

Film nie z mojej półki.



Nie wiem skąd wczoraj przed północą wzięła mnie chęć na surrealistyczne kino, ale... no cóż sięgnęłam po te surrealistyczne love story pt. "Jak we śnie", chyba z ciekawości.
Pomimo wszystkich udziwnień, które miały zwiastować sny młodego, zwariowanego artysty wytrwałam w oglądaniu filmu do końca. Dobrze że nie mojego końca, bo inaczej dzisiaj bym Wam o tym nie napisała.
Co mogłabym powiedzieć o treści? Na pewno to, że sam motyw przewodni byłby wspaniały w innym wydaniu, mniej "pokręconym". Chwilami miałam wrażenie, że pokazane na ekranie istne wariactwo przerasta moje zrozumienie treści, bo sny Stephana mieszały się z jawą za bardzo. Cały ten klimat był bardziej groteskowy, a ja wolałabym... no właśnie.
Teraz wiem że pomimo chwilowych uśmiechów, bardziej nad ukazaną głupotą, nie jestem zwolenniczką takiego typu przekazu. Ale to tylko moje subiektywne odczucia, które wczoraj, a właściwie dzisiaj (bo już po sobotniej północy) mogłam zapisać.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz