poniedziałek, 10 lipca 2017

Kaszel z rymem




Sąsiedzi za dnia doznają szoku

Tak mocno kaszlę, również po zmroku,
z bólem napięcia pod żebrem w boku.
Trochę przykucam w napadzie nagłym
i ściskam mięśnie, żeby nie siadły,
bo w zakwaszeniu, nie tylko miny,
mój wyraz twarzy robi się siny.

A potem czując łoskoty w gardle
szukam pomocy i zwijam żagle,
by podryfować w piekącym widzie
do wodopoju… tak mija tydzień.
I niby lepiej, a coraz gorzej
ukoić nerwy, o nocnej porze.

Bo wtedy wszystko dokucza bardziej,
jakby nie było, nie jestem twardziel,
wymiękam strasznie, gdy w rozpaleniu
robię się głośna nawet w uśpieniu.
Pozornym przecież, bo wciąż zrywana
z nagłym impetem kaszlę do rana.

Chrząkam i świszczę, przełykam ślinę,
sięgam po chemię, lecz jak w rutynie
cykliczne jęki, drapanie w gardle
zwiastują rychłą wiatru petardę.
Odpowietrzona wyrzutem nagłym
słabnę z iskrzeniem złocistej gwiazdy.

Tak przyduszona z wybałuszeniem
biadolę cicho, że jestem cieniem,
eksperymentem w walce z chorobą
i wtedy krzyczę: ‒ Ja chcę być zdrową!
No i zamykam piekące chwile,
na  żaden uśmiech też się nie silę,

bo w opuszczeniu ramion, niestety
szukam spoczynku, a nie podniety.
I tak to w błogim kwadransie ciszy
oddycham lekko, bo nikt nie słyszy
upiornych treli, wyziewów nagłych,
lecz zaraz spokój umyka w diabły.

No bo jak Ziemia kręci się wkoło
tak ja podnoszę i kładę czoło,
lekko zroszone, kiedy o świcie
niepewnym ruchem sięgam po picie.
W tak trudnym stanie, tej przypadłości
marzę, by kaszel odszedł bez złości.


2017.07.09

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz